Tomek i Kasia przyszli do mnie z konkretnym zadaniem.
Chcieli ubezpieczyć nowe mieszkanie — właśnie skończyła się budowa, bank wymagał polisy majątkowej. Standardowa sprawa. Myśleli, że to zajmie 20 minut.
Zanim do tego doszliśmy, zadałam im jedno pytanie.
Zapadła cisza.
Tomek spojrzał na Kasię. Kasia spojrzała na Tomka.
„No… płacimy z drugiej pensji?" — odezwał się niepewnie Tomek.
„A, jeśli to Ty nie możesz pracować?" — zapytałam.
Kolejna cisza.
Ich sytuacja w liczbach
Policzyliśmy razem. Zajęło to 10 minut.
Przez 6 miesięcy — 75 000 złotych — przy założeniu, że Kasia dalej pracuje i pokrywa bieżące wydatki z własnej pensji. Bez żadnego buforu.
A, jeśli Kasia zachoruje? Albo oboje w tym samym czasie?
Pensja Kasi: 5 200 złotych netto. Miesięczne zobowiązania: 12 500 złotych. Różnica: minus 7 300 złotych miesięcznie.
Oszczędności wystarczyłyby na niecałe 3 miesiące.
Co zrobił bank?
Przy podpisaniu umowy kredytowej bank zaproponował im ubezpieczenie na życie. Standardowe, grupowe, w pakiecie z kredytem.
Suma ubezpieczenia: 200 000 złotych — przy kredycie na 450 000 złotych. Wypłata tylko w przypadku śmierci. Zero przy niezdolności do pracy, zero przy chorobie, zero przy pobycie w szpitalu.
Co zmieniliśmy
Ubezpieczenie mieszkania — tak, załatwiliśmy to w 15 minut.
Ale przy okazji dołożyliśmy indywidualną ochronę dla obojga — na wypadek choroby, wypadku i pobytu w szpitalu. Z miesięcznym świadczeniem, które pokrywa różnicę między ich zobowiązaniami a jedną pensją.
Łączny koszt ochrony dla obojga: poniżej 3% wartości ich miesięcznych zobowiązań.
Tomek powiedział coś, co pamiętam do dziś.
Dlaczego to piszę?
Bo Tomek i Kasia to nie wyjątek. To reguła.
Większość rodzin z kredytem hipotecznym skupia się na racie, oprocentowaniu, zdolności kredytowej. Nikt nie rozmawia o tym, co się dzieje z ratą, gdy jedno z nich trafia do szpitala na miesiąc, trzy miesiące, pół roku.
A to jest pytanie, które warto zadać sobie przed problemem. Nie w jego trakcie.